Wednesday, 28 May 2025

RUMBA

Opowiadał mi frater Adalbertus:

Podczas swoich wędrówek zaszedłem kiedyś do miasta zwanego Wolnogrodem. Nazwę tę owo miasto nosiło od czasu, kiedy przed wiekami jeden z królów nadał mu specjalny przywilej: jego rynek miał być miejscem swobodnej wymiany myśli, czyli innymi słowy na rynku w Wolnogrodzie wolno było mówić co się chce i nie było się za to karanym. Kiedyś miasto owo przywabiało różnej maści dysydentów i wolnomyślicieli, dziś przywabia już raczej głównie turystów, których na ryneczku w Wolnogrodzie jest zazwyczaj mały tłumek, a raczej kilka tłumków. Jeden ze sklepów na rynku prowadzi bardzo specyficzny biznes: wypożycza beczki, które chętni przetaczają na wolny akurat zakątek rynku, następnie wskakują na nie i wykrzykują swe przemowy. Kiedy wszedłem na ryneczek, było już tam kilka beczek, a wokół nich zgromadzone tłumki słuchaczy. Właściwie trochę się zdziwiłem, spodziewałem się bowiem, zgodnie z famą tego miasta, wymiany myśli, a to co usłyszałem na wymianę za bardzo nie wyglądało. Był tam na przykład jegomość ubrany w nieskazitelny garnitur, z błękitną szarfą przez pierś, w ręku trzymał Biblię, którą raz po raz otwierał i czytał cytaty dowodzące, że papież w Rzymie jest tak naprawdę zapowiedzianym Antychrystem. Inny był w komży i z gromnicą w dłoni, z jego przemowy wynikało, że kacerstwo to śmiertelna zaraza, którą należałoby wypalić ogniem. Inny, z długą brodą i w kufai z rosomaków oraz ikonką Matki Boskiej Miłującej przypiętą do piersi, głosił że kto się nie nawróci na jedynie prawdziwą wiarę prawosławną i nie porzuci heretyckiego słowa filioque w Wyznaniu Wiary, ten niechybnie całą wieczność męki w ogniu piekielnym cierpieć będzie. Inny miał krótką bródkę, luźny sweterek i uśmiech dobrotliwy, ten był bardziej tolerancyjny i nawoływał do zaprzestania wewnątrzchrześcijańskich kłótni, by zjednoczyć siły w nawracaniu pogan; bo przecież tylu jest na świecie dobrych ludzi, którzy nie oddając boskiej czci Jezusowi z Nazaretu do piekła po śmierci niechybnie zesłani będą. Jeszcze inny miał długą brodę, turban, powiewną szatę i wzrok zapalczywy; głosił on – jak twierdził – religię pokoju, ale nie ma pokoju dla wrogów pokoju, wrogom owym należy się kęsim, a ,ponieważ Stany Zjednoczone Ameryki są wrogiem pokoju, wszystkim obywatelom tego kraju należy się kęsim. Był też jeden taki, co nic nie mówił, a tylko protestował w milczeniu chodząc pomiędzy tłumem. Ubrany był on w prostą szatę mnicha jednego z zakonów żebraczych, na głowie miał wygoloną tonsurę, a na piersi i plecach zawieszone tabliczki z wypisaną przyczyną protestu: jego klasztorowi odebrano jakiś majątek ziemski i on domagał się zwrotu tego majątku.

Owa „wymiana myśli” robiła na mnie raczej przygnębiające wrażenie, chodziłem więc po tym ryneczku w raczej minorowym nastroju. Jedynym wesołym akcentem była latynoska muzyka dochodząca z narożnika. Poszedłem i tam i zobaczyłem na beczce ustawiony głośnik, z którego dobiegał latynoski rytm, a obok w rytm tej muzyki podrygiwał jakiś jegomość raz po raz wykrzykujący slogan po hiszpańsku:

Rumba-no! Travajo-si!”

Każdemu okrzykowi towarzyszyło wyciągnięcie w górę pięści. Jegomość ów ubrany był w pstrokatą kwiecistą koszulę, brodę miał rewolucyjnie nieuporządkowaną, a na głowę naciśnięty beret, w którym wyglądał jak nie przymierzając Che. Zapytałem go o co tu chodzi, że niby ‘rumba-nie, a praca-tak’? On, przekrzykując muzykę, odpowiedział:

„Właśnie o to chodzi! To jest najnowszy slogan El Commandante. El Commandante doszedł do wniosku, iż marna sytuacja ekonomiczna wynika z tego, że ludzie tańczą rumbę zamiast pracować. Aby poprawić sytuację El Commandante ukuł nowy slogan, który natychmiast został z entuzjazmem podchwycony przez lud. Już w czasie pierwszego przemówienia, w którym El Commandante użył tego sloganu, zebrany tłum słuchaczy podchwycił go i z charakterystyczną werwą zaczął tańczyć w rytm: rumba-no! travajo-si! rumba-no! travajo-si! Tydzień później był to przebój na pierwszym miejscu listy, a teraz nikt nic innego nie tańczy. Naprawdę nasz Commandante ma wielki posłuch wśród ludu.”

„A ty,” zapytałem go znowu, „czy również pochodzisz z tego dalekiego kraju?”

„Ja? Ale skąd! Ja jestem tylko Szuszwolem ze Swarzyndza.”

To powiedziawszy zaczął tańczyć z większą jeszcze werwą, unosząc nogi nad głowę. Dopiero w tym momencie zauważyłem, że obuty był on w czerwone trampki z zielonymi sznurowadłami. On tymczasem wyglądał, jakby slogan El Commandante wprowadził go w trans i już więcej nie odpowiadał na moje pytania.


Thursday, 4 July 2024

SAMUELU, SAMUELU!

 Opowiadał mi frater Adalbertus:

Siedziałem kiedyś na skwerze na osiedlu blokowym i obserwowałem gromadkę bawiących się dzieci. Panował tam raczej chaos: dzieci biegały tam i sam jazgocząc i trudno było wywnioskować na czym zabawa polega. Dzieci zdawały się także nie zwracać uwagi na otoczenie. W pewnym momencie gdzieś z wysoka, prawdopodobnie z jednego z okien w bloku, dało się słyszeć wołanie: „Samuelu! Samuelu!”, lecz żadne z biegających dzieci nie zareagowało. Pomyślałem sobie, że to jakiś nieposłuszny bachor. Siedziałem tak patrząc na tę czeredę, kiedy usłyszałem za sobą kogos wypowiadającego moje imię:

„Bracie Adalbercie! Bracie Adalbercie!”

Obróciłem się i zobaczyłem grzebiącego w śmietniku dziada z roztarganą brodą. Dziad ów musiał mnie skądsiś znać, skoro wołał mnie po imieniu, ale i mi wydawał się jakby znajomy. W każdym razie jeden element ubioru na pewno już widziałem: zielone sznurowadła w butach. Odezwałem się doń:

„Czego chcesz ode mnie?”

„Czy mógłbyś mi pomóc odszukać piętnaście złociszów w tym śmietniku?”

„A to czemuż? Czyżbyś je tam zgubił?” zapytałem, podejrzewając go, że coś kręci.

„Ba! Chciałbym mieć tyle pieniędzy do zgubienia.”

„Czyżbyś więc widział, że komuś tam wpadły, i teraz chcesz je znaleźć i oddać?”

„Tego też niestety nie mogę powiedzieć. Po prostu szukam piętnastu złociszów. Jak znajdę, to przynajmniej będę miał piętnaście złociszów do zgubienia.”

„Skoro więc nie zgubiłeś tam pieniędzy ani nie widziałes żeby ktoś inny je zgubił, to jaką masz nadzieję je tam znaleźć?”

„Z pewnością większą, niż gdybym nie szukał. A jeśli dwóch szuka, to prawdopodobieństwo znalezienia zwiększa się dwukrotnie.”

„O nie, ja się na to nie dam nabrać”, rzekłem oburzony propozycją. „Chciałbyś i ze mnie zrobić takiego penera? Po śmietnikach grzebać nie będę.” On tymczasem odpowiedział mi z filozoficznej rury:

„No właśnie, mało kto odpowiada dziesiejszymi czasy na wezwanie. Ani Samuel, ta juchta barabajska, ani nawet świątobliwy brat Adalbertus.”

„Na jakie wezwanie? O czym ty gadasz?”

Zaczynałem mieć wrażenie, że rozmawiam z jakimś nawiedzonym wariatem. Następna jego wypowiedź potwierdziła tylko moje podejrzenia:

„Po prostu na wezwanie. Każdy z nas jest wezwany, nie tylko Samuel. Samuel miał jednak uszy do słuchania.”

„O! A wydawało mi się, że ta juchta barabajska nie zareagowała na zawołanie!”

„Naprawdę? To się nazywa pochopny wniosek. Skąd pewność, że Samuel był jednym z dzieci bawiących się na podwórku? Ale nawe jeśli był, to ja nie o tym Samuelu mówię. Mówię o tym, co miał uszy do słuchania. Bo widzisz, bracie Adalbercie, każdy ma uszy, tylko nie każdy robi z nich właściwy użytek. Każdy z nas, bracie Adalbercie, każdego dnia doświadcza czterech stanów umysłu. Pierwszym stanem umysłu jest sen. Drugim stanem umysłu jest zwykły stam jawy, kiedy działamy logicznie rozumując. Trzecim stanem umysłu jest otumanienie, kiedy umysł zawiesza logikę na kołku i działa pod wpływem sugestii, indoktrynacji, albo i hipnozy. Niektórzy w emocjonalnej ekstazie rzucają się na podłogę twierdząc, że działa przez nich Święty Wiatr; ci są w błędzie, tak naprawdę działają w otumanieniu. Ale jest jeszcze czwarty stan umysłu: stan uważnego słuchania. Tylko ten stan pozwala man usłyszeć szept Świętego Wiatru. Święty Wiatr zwraca się do każdego po imieniu, ale trzeba być przygotowanym na wezwanie. Trzeba mieć uszy do słuchania. Niestety większość ludzi nie zwraca na to uwagi.”

Słuchałem tego wywodu z rosnącym oburzeniem. Osobiście naukę teologii wolę pobierać u księży profesorów, a nie u dziadów grzebiących po śmietnikach. Krzyknąłem więc zagniewany:

„Czyżbyś nie znał powiedzenia ‘Nie ucz księdza pacierza’? Kim ty jesteś, penerze jeden, żeby duchownej osobie wykłady z teologii dawać?”

„Och, ja jestem tylko Szyszwolem ze Swarzyndza. Nie zwracaj na mnie uwagi.” To powiedziawszy zaczął z nowym wigorem grzebać w śmietniku i już się do mnie nie odezwał.


Monday, 17 June 2024

BURZA NA MORZU

          Opowiadał mi frater Adalbertus:

Przekraczałem właśnie morze promem, kiedy zerwała się niewiarygodna burza: wicher wył niczym stado wilków, krople deszczu pędzone wiatrem leciały niemal poziomo, a przez pokład przewalały się bałwany wielkości kamienic. Podróż miała trwać tylko kilka godzin, ale z powodu złej pogody nie mogliśmy wejść do portu, więc pozostawaliśmy na morzu huśtani to w tę, to w tamtą stronę. Taka sytuacja utrzymywała się przez cały dzień, potem drugi i trzeci. W pewnym momencie, a było to wieczorem dnia trzeciego, stałem na pokładzie z mym współbratem zastanawiając się, dlaczego nasze modły o dobrą pogodę nie są wysłuchiwane. Gdy tak rozmawialiśmy, stanął przy nas marynarz w nieprzemakalnej kapocie, z długą brodą i fajką w zębach. Stał czas jakiś, jakby przysłuchując się naszej rozmowie. W końcu zapytał:

O czym tak rozprawiacie, braciszkowie?”

Wiatr zawodził, fale przewalały się przez pokład, a za burtą widać było potwora morskiego wydmuchującego z siebie fontanny wody. Powiedzieliśmy mu, że zastanawiamy się dlaczego Pan Bóg nie wysłuchuje naszych modłów o lepszą pogodę. Marynarz pyknął kilka razy z fajki i powiedział:

Myślałby kto, że duchowni braciszkowie powinni mieć większą wiarę. Czyż nie rozumiecie znaku Jonasza? Wszyscy mamy taką wiarę, która pływa po wielkim oceanie wątpliwości. Czasem wydaje się, że jest ona jak solidny statek: nic nam nie grozi. Potem przychodzi burza i zaczynamy się strachać. Może nam wówczas przyjść do głowy, że trzeba wyrzucić za burtę wszystkie nasze posiadłości. Ale czy kiedykolwiek przychodzi nam do głowy, żeby się rzucić do morza samemu, na główkę? Wyrzucić za burtę ostatnią naszą posiadłość: siebie samych?”

W tym momencie marynarz pyknął kilka razy z fajki, po czym dodał:

Niekoniecznie dla ratowanie siebie samego. Czasem trzeba ratować innych. To jest znak Jonasza: skok w morze, głową w dół.”

Z mostka kapitańskiego ktoś krzyknął coś do naszego rozmówcy. Ten ukłonił się nam milcząco i oddalił się. Ledwo zdążyłem go zapytać o imię. Obawiałem się, że mnie nie usłyszy w ryku bałwanów, lecz on odwrócił się i odkrzyknął:

Możesz mnie nazywać Szuszwolem ze Swarzyndza!”

Po chwili zostaliśmy sami na mokrym pokładzie, tylko zza burty potwór morski spoglądał na nas swymi małymi ślepkami.


Friday, 20 November 2020

ŻAGIEL

Opowiadał mi frater Adalbertus:

Kiedyś w czasie wakacji przebywałem wraz z fratrem Justusem nad morzem. Pewnego szczególnie upalnego dnia postanowiliśmy wybrać się na wyprawę żaglówką po morzu. Nabraliśmy wiatru w żagiel i śmiało pruliśmy morskie fale. Płynęliśmy wzdłuż wybrzeża i mogliśmy z daleka obserwować ludzi na plaży. Między innymi zauważyłem tam chłopca, który małym wiaderkiem nosił wodę z morza do wykopanego przez siebie dołka. Przypomniała mi się zaraz historia opowiedziana przez świętego Augustyna o małym chłopcu, który robił dokładnie to samo. Naturalną koleją rzeczy moja myśl przeszła do absurdalnego dogmatu wiary: jak to jest, że niby Jeden, ale w Trzech Osobach. W dodatku jedną z tych osób jest Wiatr. Coś chyba jest nie tak z tą teologią, która godność osoby nadaje wiatrowi. Nagle zerwał się gwałtowny szkwał, wiatr wydął nasz żagiel do granic wytrzymałości, a w końcu szwy puściły, żagiel oderwał się i poleciał najpierw wysoko w górę, a potem opadł na fale i płynął jak bezładna szmata. Po chwili pogoda była znów piękna, łagodna bryza znakomita do żeglowania, ale nam to nic nie dawało, nie mieliśmy bowiem żagla. Znaleźliśmy się w kropce, nie mieliśmy nawet wioseł. Szczęśliwie nieopodal przepływała motorowa łódka, w której znajdował się brodaty sternik z fajką oraz jego pies. Dawaliśmy im znaki by nas wzięli na hol, sternik więc skręcił w naszą stronę, a my rzuciliśmy mu linę. Niestety, widać nie byliśmy wprawnymi żeglarzami, bowiem rzucona lina nie doleciała i chlapnęła w wodę. Sytuację uratował pies, który poszczekiwał oparty łapami o burtę, a zobaczywszy linę w wodzie wyskoczył, podpłynął do niej, wziął ją w zęby i przyciągnął do swojej łódki. Szyper odebrawszy linę od psa przymocował ją do rufy swojej jednostki i w ten sposób bezpiecznie powróciliśmy do portu. Stojąc już na nabrzeżu frater Justus w serdecznych słowach dziękował sternikowi. Ten jednak odrzekł:

Musicie podziękować też psinie, moja załoga jest dwuosobowa.”

W tym momencie wtrąciłem się ja by skorygować tę teologiczną nieścisłość:

No wie pan, panie kapitanie, psu jednak nie można nadawać godności osoby.”

Sternik słysząc to roześmiał się i rzekł:

Świątobliwy frater zajechał z teologiczno-filozoficznej rury. Ja też fratrowi potrafię zajechać z podobnej. Otóż „osoba” nie jest kategorią istnienia, tylko kategorią postrzegania świata, dokładnie tak jak u Kanta czas i przestrzeń. Mój pies jest dla mnie osobą i członkiem załogi, bywa nawet bardzo użyteczny. A co do Pana Boga, to w końcu on nas stworzył razem z tą tkwiącą w naszym umyśle kategorią postrzegania. Być może życzy sobie byśmy i Jego postrzegali jako osobę. Albo może Trzy Osoby. Nie wszystko można zrozumieć, niektóre rzeczy trzeba wziąć na wiarę. Wiara jest jak żagiel: jeśli jej nie ma, wówczas słowa najgłębszej mądrości przelecą mimo jak wiatr…”

To powiedziawszy szyper wskoczył do swojej łódki i znów zapuścił motor. Zdążyłem jeszcze tylko krzyknąć:

Powiedz mi, kapitanie, kim ty jesteś?”

Poprzez hałas terkoczącego motoru usłyszałem słowa:

Możesz mnie nazywać Szuszwolem ze Swarzyndza!”

Poczem sternik stanął za kołem sterowym i oddalił się od nabrzeża.



x

Monday, 2 November 2020

RAJSKI OGRÓD


Opowiadał mi frater Adalbertus:
Przebywałem kiedyś w bogatym opactwie, które otoczone było wielkim i pięknym ogrodem. Mając raz trochę wolnego czasu poszedłem się trochę po owym ogrodzie poprzechadzać. Był słoneczny poranek, ogród był jeszcze owiany mgiełką, krople rosy wisiały na wysokich trawach i na gałęziach drzew. Była to pora roku, kiedy niektóre drzewa obsypane są kwieciem, ich aromat unosił się w powietrzu dodając ogrodowi nieziemskiego wprost uroku. Panowała absolutna niemal cisza przerywana jedynie świergotem ptaków i brzęczeniem pszczół. Pomyślałem sobie, że tak chyba musiał wyglądać Raj. Chodziłem zauroczony przez dłuższy czas, aż w pewnym momencie zdałem sobie sprawę, że właściwie nie wiem gdzie jestem. Kompletnie się w tym rajskim ogrodzie zawieruszyłem. Przyszła mi wtedy do głowy dziwna myśl: otóż w biblijnym Raju Adam potrafił się tak zawieruszyć, że sam Jahwe Elohim nie potrafił go znaleźć, skoro chodził i wołał „Adamie, gdzie jesteś?” Dziwna właściwie to opowieść: czyżby Jahwe Elohim nie był wszechwiedzący? Tymczasem jednak miałem bardziej przyziemny problem do rozwiązania: jak się wydostać z ogrodu, w którym się zgubiłem? Chodziłem i chodziłem najwyraźniej zataczając koła, bowiem co jakiś czas rozpoznawałem miejsca, w których byłem już wcześniej. W końcu powiedziałem głośno sam do siebie:
„Panie Boże, wskaż mi jak się mam wydostać z tego rajskiego ogrodu.”
Przez cały ranek nie spotkałem żywej duszy, dlatego zdumiałem się usłyszawszy w odpowiedzi słowa:
„Jak to, wydaję się fratrowi że jest w raju, ale chce się z niego wydostać?”
Obejrzałem się i zobaczyłem pod jednym z drzew osobnika siedzącego w pozycji pół-lotosu i zatopionego w kontemplacji. Osobnik ten miał na sobie wyświechtane portki, włosy i brodę miał długie i nieuporządkowane, a obok niego w trawie stała para butów z zielonymi sznurowadłami. Myślałem w pierwszej chwili, że Pan Bóg wysłuchał mojej modlitwy i zesłał mi kogoś, kto wskaże mi drogę wyjścia z tego miejsca. Zapytałem go więc:
„Czy mógłbyś mi wskazać drogę wyjścia z tego rajskiego ogrodu?”
„Aha”, odrzekł on, „myślał frater, że Pan Bóg wysłuchał jego prośby. Ciekawe ma frater oczekiwania. A skąd frater wie, że Pan Bóg mu wszystko tak po prostu powie? Przecież w Rajskim Ogrodzie On sam wołał Adama pytając gdzie jest. Czy wie frater dlaczego?”
Patrzałem na niego bez słowa, zdumiony zbieżnością tego co właśnie mówił z tym, co przed chwilą sobie pomyślałem. On tymczasem ciągnął dalej:
„Odpowiedź jest prosta: Jahwe Elohim chciał, by Adam sam zadał sobie to pytanie. I po to właśnie to pytanie zapisane jest w Księdze, by wszyscy potomkowie Adama sobie je zadawali. Modlitwa ma być podobno rozmową z Bogiem, a nie monologiem próśb do Niego skierowanych. To człowiek jest stworzony po to, by służyć Bogu, a nie odwrotnie.”
Przyznam się, że trochę mnie zniecierpliwił. Zapytałem go więc:
„Kim właściwie jesteś, obdartusie, i co robisz w ogrodzie opactwa?”
„Kim jestem? Hm. Jeśli koniecznie chcesz, możesz mnie nazywać Szuszwolem ze Swarzyndza. A co tu robię? Ano siedziałem sobie pod drzewem i próbowałem w ciszy usłyszeć odpowiedź na pytanie gdzie jestem, póki ktoś nie przyszedł i nie zaczął robić hałasu.”
Poczem zatopił się ponownie w kontemplacji i już nic więcej nie mogłem z niego wydobyć. Zostawiłem go więc pod drzewem i poszedłem na własną rękę szukać wyjścia z tego rajskiego ogrodu.

Thursday, 22 October 2020

ŻMIJA KOŚCIELNA

Opowiadał mi frater Adalbertus:

Pewnego ranka przechadzałem się po klasztornym ogrodzie rozważając przeczytany właśnie fragment Pisma. Był wiosenny poranek, niektóre kwiaty wystawiały się już do słońca, choć w ciemnych zakamarkach leżał jeszcze topniejący śnieg. Kroczyłem tak zatopiony w myślach, kiedy usłyszałem nagle za sobą:

„Pssst… pssst…”

Rozejrzałem się, lecz nikogo nie zobaczywszy uznałem, ze musiałem się przesłyszeć. Chciałem ruszyć dalej, kiedy znów usłyszałem za sobą:

„Pssst… pssst…”

Zacząłem się rozglądać uważnie, w końcu dostrzegłem skuloną pod murem żmiję. Wyglądała na zmarzniętą i patrząc na mnie żałosnymi oczkami syczała:

„Pssst pssst, zzzlituj śśsię nad biedną żżżmijką, braciszszszku, bo tu dogorywam, a tak jessstem zzzmarzzznięta, żżże nie mogę śśsię ruszszszać. Zzzabierzrzrz mnie www jeakieśśś ciepłe miejsssce.”

„Czyś ty zwariowała?” krzyknąłem. „Przecież żmije kąsają ludzi na śmierć! Nie dam się na to nabrać!”

„Psst psst,” odparła żmia, „ja jessstem żżżmija kośśścielna, religijna. Wprawdzie issstotnie w mej naturzrzrze leżżży kąsssanie na śśśmierć, ale ja jessstem żżżmija klaszszsztorna i wiem co zzznaczy panowanie ducha nad ciałem. Nie bój śśsię, nie zzzrobię ci krzrzrzywdy. Zzzreszszsztą widziszszsz przrzrzecieżżż, żżże leżżżę ledwo żżżywa przrzrzy śśścieżżżce, a ty jako dobry chrzrzrześśścijanin powinieneśśś śśsię zzzlitować i pomóc mi. Czy nie zzznaszszsz opowieśśści o miłośśsiernym Sssamarytaninie?”

Opowieść o miłosiernym Samarytaninie oczywiście znałem, istotnie również uważałem się za dobrego chrześcijanina. Co więcej, trafił do mnie argument o panowaniu ducha nad ciałem. Ja również przecież mieszkając w klasztorze próbowałem panować nad naturalnymi żądzami i, jak sądziłem, całkiem mi się to udawało. W końcu więc postanowiłem się zlitować nad biednym zwierzątkiem, podniosłem je i zaniosłem do wewnątrz. Dałem się nabrać! Ta wstrętna gadzina, skoro tylko tylko poczuła ciepło i wróciło jej życie, jak mnie nagle nie dziabnie w łapę! Wrzasnąłem z przestrachu i upuściłem ją, a na mój krzyk zbiegli się zewsząd mnisi. Mnich sanitariusz dokonał oględzin mojej szybko puchnącej ręki, a usłyszawszy co się stało i zobaczywszy dwie malutkie ranki pośrodku puchnącego miejsca, orzekł krótko:

„Szpital.”

Wezwano karetkę pogotowia i kiedy po chwili wynoszono mnie na noszach, zobaczyłem zdradliwą gadzinę sunącą w kierunku uchylonych drzwi klasztornego kościoła.

Wylądowałem więc w szpitalu. Tam przystąpiono do szybkiego mnie odratowywania, wstrzykiwano mi w żyły jakieś substancje, które odniosły pożądany skutek, ale ja po całym zajściu byłem bardzo osłabiony. Kiedy po wszystkim leżałem w szpitalnej sali powoli odzyskując siły, usiłowałem w spokoju czytać Pismo Święte i oczywiście otwarłem je w miejscu, gdzie wąż udaje przyjazną człowiekowi istotę. Byłem jednak zbyt osłabiony by długo czytać, odłożyłem więc otwartą książkę obok siebie na stoliku, a sam leżałem zbierając myśli. Po sali krzątał się pielęgniarz. Przechodząc obok mojego łóżka rzucił okiem na otwartą książkę, pokiwał głową i powiedział:

„No tak, znów zagadka węża udającego przyjazną człowiekowi istotę. Znamy to, znamy. Wszyscy jesteśmy narażeni na ukąszenia tych ognistych węży. Najniebezpieczniejsze są wtedy, kiedy udają oswojone węże kościelne. Ten wąż to cielesne chciwe ja, z którym rodzą się wszyscy potomkowie Adama. Na tym polegała próba czterdziestu dni na pustyni a potem na górze drzew oliwnych. Głowa węża została starta, kiedy jeden z potomków Adama powiedział: ‘Nie moja, ale Twoja wola…’ Te słowa musimy sobie wziąć do serca, na tym właśnie polega nawrócenie. Trzeba tylko bardzo uważać, bo ta paskudna żmija potrafi się znakomicie podszywać i udawać oswojoną żmiję kościelną, a ukąszenie kościelnej żmii też może być śmiertelne.”

Słysząc to nieomal odżyłem; podniosłem się na łóżku chcąc się temu pielęgniarzowi bliżej przyjrzeć. Był on ubrany na biało, tak jak wszyscy pielęgniarze, tylko w butach miał dziwne zielone sznurówki. Zapytałem:

„Powiedz mi kim jesteś, pielęgniarzu?”

On tymczasem właśnie wychodził z sali. Zatrzymał się na moment i powiedział:

„Możesz mnie nazywać Szuszwolem ze Swarzyndza.”

To powiedziawszy wyszedł i zamknął za sobą drzwi.

Thursday, 15 October 2020

BRZUSZEK

Opowiadał mi frater Adalbertus:

Była właśnie wiosna i drzewa w miejskich parkach obsypane były kwieciem, kiedy jechałem zatłoczonym tramwajem niosąc naręcze kwiatów i starając się usilnie uchronić je od pogniecenia. W pewnym momencie zauważyłem małe zamieszanie, ktoś podniósł się z siedzenia, by ustąpić miejsca młodej piegowatej dziewczynie. Dlaczego? Powodowany ciekawością wychyliłem się nieco by się jej przyjrzeć i od razu zrozumiałem o co chodzi: Dziewczyna miała brzuszek okrąglutki jak piłeczka; bardzo jej z tym zresztą było do twarzy. Ja moje naręcze wiozłem akurat do szpitala, by je wręczyć znajomej, która jeszcze przedwczoraj miała taki właśnie brzuszek, ale w międzyczasie urodził się jej dzidziuś i teraz jechałem złożyć jej gratulacje. Dojechałem w końcu do szpitala i spotkałem szczęśliwą matkę w szpitalnym ogrodzie, gdzie w listowiu ćwierkały ptaszęta, samczyki uganiały się za samiczkami, a dzidziuś kwilił w ramionach wniebowziętej matki. Później, kiedy wracałem znów zatłoczonym tramwajem, zastanawiałem się – dlaczego seks postrzegany jest jako coś nieczystego? Wprawdzie Kościół głosi, że seks wewnątrzmałżeński nie jest grzechem, ale z drugiej strony ten sam Kościół uznał, że matka Jezusa przez całe życie zachowywała czystość, co miało oznaczać, że nigdy seksu nie uprawiała. Skoro tak, to Jezus nie mógł mieć rodzeństwa i owi bracia i siostry Jezusa, o których mówi Ewangelia, to tak naprawdę kuzyni i kuzynki. Czyżby więc mimo wszystko nawet małżeński seks był w jakiś sposób nieczysty?

Tymczasem siedzący obok mnie jegomość czytał gazetę szeroko ją rozłożywszy, na tyle szeroko, że i ja mogłem czytać mu przez ramię. „Nauka potwierdza teologię!” głosił jeden z tytułów; chodziło o jakiś naukowo dowiedziony i opisany w medycznym czasopiśmie przypadek dzieworództwa. Autor jego wywodził, że fakt ten ma ogromne znaczenie dla chrześcijaństwa, ponieważ wynika z niego, że dziewicza ciąża matki Jezusa była rzeczywiście możliwa. Tymczasem ktoś stojący obok mnie wykrzyknął:

Co za idioci!”

Ów ktoś również czytał przez ramię tę samą gazetę. Zdziwiłem się, że wyzywa dziennikarzy od idiotów, a on odpowiedział:

Ktokolwiek chce dowieść, że narodzenie Jezusa z Nazaretu nie było niezwykłe, ten jest albo głupi, albo nikczemny.”

A to dlaczego?” zdziwiłem się. „Przecież chyba dobrze będzie, jeśli nasza wiara zgadzać się będzie z nauką?”

Wiara zgadzać z nauką? I to mówi osoba duchowna? Zanim duchowna osoba zabierze się do przeprowadzenia naukowego dowodu swej wiary, niech sobie najpierw ułoży odpowiedź na pytanie potencjalnego wątpiącego naukowca: Jak udowodnić, że chleb i wino na niedzielnym ołtarzu to nie chleb i wino, tylko Bóg osobowy?”

Przyznam się, że w tym momencie mnie zagiął, nie wiedziałem co mu odpowiedzieć. On tymczasem kontynuował:

Czy duchowna osoba wyobraża sobie, że ewangeliści wypytywali matkę ich Nauczyciela o szczegóły jej pożycia małżeńskiego? A jednak zapisali informację o poczęciu za sprawą Świętego Wiatru. Czyżby chcieli wprowadzić czytelników w błąd? Nic dalszego od prawdy, jest to jednak informacja należąca do innego porządku. Jeśli rzeczywiście po zesłaniu Świętego Wiatru poznali prawdziwą naturę swego Nauczyciela, to nie mogli inaczej zapisać. Co bynajmniej nie wyklucza cudu w porządku naturalnym. Oni nie musieli pytać, rzecz tak niezwykłą jak dziewicze poczęcie ona sama mogła im wyjawić. A z pozostałej części swego życia wcale nie musiała się tłumaczyć. To tylko my mamy taki włochaty i wścibski umysł, że musimy się domyślać i spekulować, choć dyskrecja nakazywałaby niezadawanie pytań.”

Pomyślałem sobie, że niezły z niego bystrzacha. Chcąc się bliżej zapoznać, zapytałem:

Dobrze pomyślane. A tak nawiasem to z kim mam przyjemność?”

Chodzi o moją tożsamość? Jo jezdem tylko Szuszwol ze Swarzyndza.”

Odruchowo spojrzałem w kierunku jego butów, ale był straszny tłok i butów nie można było zobaczyć. A na najbliższym przystanku on wysiadł i tyle go widziałem.


RUMBA

Opowiadał mi frater Adalbertus: Podczas swoich wędrówek zaszedłem kiedyś do miasta zwanego Wolnogrodem. Nazwę tę owo miasto nosiło od czas...