Opowiadał mi frater Adalbertus:
Byłem pewnego dnia świadkiem wydarzenia, jakie zaszło na rynku pewnego prowincjonalnego miasteczka. Był to bardzo ładny ryneczek , wkoło domy z podcieniami, a pośrodku – jako że był dzień targowy – stragany oferujące na sprzedaż najprzeróżniejsze dobra. Czego tam nie można było kupić! Oczywiście owoce, ale także mnóstwo innych dóbr, jak odzież i narzędzia, sprzęt turystyczny i wędkarski, kiczowate dewocjonalia i czasopisma pornograficzne. Przeciskałem się właśnie przez tłum obok tego straganu z pornografią, kiedy usłyszałem dobiegające skądsiś wołanie:
„Ludzie, nawróćcie się! Rozpamiętujcie swoje grzechy! Nawróćcie się!”
Zaraz po tym okrzyku dał się słyszeć trzask jakby bicza. Okrzyk dobiegał od strony kościoła stojącego w rogu rynku. Przecisnąłem się tam i zobaczyłem mężczyznę rozebranego do pasa, a za nim innego mężczyznę chlastającego go biczem po plecach. Mężczyzna obnażony wołał:
„Nawróćcie się! Rozpamiętujcie swoje grzechy! Wszyscy jesteście grzesznikami! Wszyscy bez wyjątku! Nawróćcie się i rozpamiętujcie swoje grzechy, jeśli chcecie osiągnąć zbawienie! Lepiej w doczesnym życiu za nie odpokutować, niż piec się w ogniu przez wieczność”
W tym momencie znów świsnął bicz spadający na jego plecy. Pomyślałem sobie, że może przydałoby się więcej takich kaznodziejów, którzy przypominaliby ludziom o grzechu. Może wtedy świat przestałby schodzić na psy tak, jak schodzi teraz. Choć z drugiej strony półnagi kaznodzieja nie miał specjalnie słuchaczy, właściwie możnaby powiedzieć, że był raczej ignorowany. Przysłuchiwał mu się tylko jeden wędrowiec w szerokim kapeluszu ocieniającycm twarz, z długą brodą, słuchał wspierając się na swym kosturze. Nagle podniósł ów kostur w górę trzymając go za oba końce i skłonił się głęboko przed mówiącym. Ten powiedział:
„Dziękuję ci, wędrowcze, że doceniłeś moje kazanie.”
Tymczasem tajemniczy wędrowiec chwycił swój kostur oburącz tak, jakby chciał nim kogoś uderzyć, a następnie rzeczywiście uderzył: zdzielił półnagiego mówcę z wielkim rozmachem przez ramię raz, a potem drugi. Ten ze zdumieniem wykrzyknął:
„Łazęgo, jak śmiesz mnie bić?”
„Myślałem, że chcesz pokutować za grzechy swoje.”
„Nie tobie, obdarty włóczęgo, wymierzać mi tę pokutę! Czemu mnie uderzyłeś, skoro ciebie o to nie prosiłem?”
„Uderzyłem cię, żebyś sobie spamiętał, że człowiek powołany jest do tego, by służyć Najwyższemu. Grzech to jest zapomnienie o tym powołaniu, nawrócenie to przypomnienie sobie o nim; co nadto jest, od Złego pochodzi. Rozpamiętywanie własnych grzechów to nie nawrócenie, a cackanie się z własnym pępkiem.”
Uderzony kaznodzieja poczerwieniał, najwyraźniej wzbierał w nim gniew.
„Co mówisz? A więc lęk przed potępieniem pochodzi od Złego? Nadzieja wiecznej nagrody to zapatrzenie we własny pępek? Może mi jeszcze powiesz, że są to pobudki samolubne?”
„Ty to powiedziałeś, nie ja. Pamiętaj, mąż bogobojny boi się Boga, nie piekła. Co to znaczy, że boi się Boga? Czy Bóg może mu zrobić krzywdę? Oczywiście że nie, Bóg może jedynie płakać, że jego ukochany o nim zapomniał. Zapamiętaj to sobie! A żebyś spamiętał to sobie lepiej, przyłożę ci jeszcze raz.”
To powiedziawszy wędrowiec zamachnął się swym kosturem ponownie i przyłożył swemu rozmówcy w drugie ramię, a potem jeszcze raz. Następnie, kpiąc chyba sobie, chcwycił znów kostur za dwa końce i uniósłszy go w górę skłonił się przed swą ofiarą głęboko. Co uczyniwszu spokojnie ruszył swoją drogą. Pobity zawołał za nim:
„Rozbój w biały dzień! Okaż mi swoje dokumenty, rozbójniku, abym mógł cię podać na policję!”
Podróżny obrócił się na chwilkę, zapewne spoglądając na wołającego, choć jego wielki kapelusz osłaniał go tak, że nie było widać jego oczu. Powiedział:
„Dokumenty? Ha! Możesz powiedzieć policji, że pobił cię Szuszwol ze Swarzyndza. Pamiętaj!”
Usłyszawszy to znajome imię spojrzałem na jego nogi. Miał na nich sandały, a w sandałach zielone zapinki. Nie zdążyłem z nim jednak zamienić słowa, bowiem odwrócił się i znikł w tłumie.”
(Jeśli kto lubi Szuszwola, niech zajrzy tu)
No comments:
Post a Comment