Monday, 14 September 2020

WOLNOŚĆ

Opowiadał mi frater Adalbertus:

Pewnego dnia byłem na międzynarodowej konferencji ekumenicznej poświęconej problemowi moralności we współczesnym świecie. Była to dobrze zorganizowana konferencja, liczni przedstawiciele różnych wyznań spotykali się w dużej auli z mównicą, przy której zainstalowanych było kilka mikrofonów. Towarzystwo nie było zbyt barwne, w końcu minęły już czasy kiedy duchowni różnych wyznań wymyślali sobie fantazyjne ubiory, minęły też czasy, kiedy ich następcy nosili te fantazyjne ubiory, ponieważ taka była tradycja; delegaci ubrani byli przeważnie w ciemne garnitury, co najwyżej z koloratką zamiast krawata. Tematem była, jak się powiedziało, moralność we współczesnym świecie. Ciekawe, jak różne podejście do tego problemu mają przedstawiciele różnych wyznań. Niektórzy mówcy ubolewali nad upadkiem moralności i postulowali odrodzenie religijne, bowiem bez religii moralność w ogóle zniknie i każdy będzie sobie robił co będzie chciał. Inni odwrotnie, ubolewali nad odchodzeniem ludzi od religii i postulowali złagodzenie nakazów moralnych, ponieważ moralność postrzegana jest jako ograniczenie wolności i odstrasza ludzi od religii. Wolność jest, jak wiadomo, wartością najwyższą we współczesnym świecie. Liczni mówcy w garniturach i koloratkach wchodzili na mównicę z plikami papierów i rozważali zawiłym językiem zawiłą sytuację moralności i zawiłe jej powiązania z religią oraz wolnością. Niektórzy mówiąc raz po raz popijali wodę ze szklanki, która stała na brzegu mównicy. Jak przystało na poważną konferencję, trwało to wszystko godzin kilka. Z przerwami oczywiście.

W czasie jednej z takich przerw, a właściwie pod koniec przerwy, kiedy większość delegatów była już na swoich miejscach, ale na sali jeszcze panował gwar, do mównicy podszedł osobnik wyraźnie odcinający się od reszty towarzystwa. Przede wszystkim wszedł w kapeluszu, dużym słomkowym kapeluszu ocieniającym oczy, spod kapelusza wypływała długa broda, a przyodziewek miał zdecydowanie mniej elegancki niż większość mówców. Właściwie to ten przyodziewek był zdecydowanie nieelegancki, wyglądał on raczej jak jakiś zakurzony pielgrzym, tym bardziej że w ręku trzymał kostur z brzozowego konaru, którym idąc stukał o podłogę. Podszedł do mównicy i łupnął o nią swym kosturem tak, że podskoczyła szklanka z wodą. Na sali zrobiło się cicho, a przybysz nachylił się ku mikrofonom i powiedział: „Słyszałem tutaj wypowiedziane twierdzenie, że moralność jest nakazem religii. Słyszałem też twierdzenie, że stanowi ona ograniczenie wolności. Otóż drodzy państwo, chciałbym państwu powiedzieć, że oba twierdzenia są błędne. Moralność nie jest nakazem religii, ona jest jej warunkiem. Prawo Boże nie ogranicza wolności, ono ją umożliwia. Wolność od łamania Prawa Bożego jest pierwszym stopniem wolności, po nim są następne: wolność od nienawiści i dalej wolność od pozornego ja. Kto nie jest wolny od łamania Prawa Bożego, ten nie rozpali w sobie płomienia prawdziwej miłości – to niemożliwe. Kto nie rozpali w sobie płomienia prawdziwej miłości, ten nigdy nie spali więzów pozornego ja – to niemożliwe. Kto nie wyzwoli się z więzów pozornego ja, ten nigdy nie zrobi nawet kroczka w kierunku Najwyższego – to niemożliwe. I odwrotnie, proszę państwa, wolność od łamania Prawa Bożego pozwala rozpalić płomień prawdziwej miłości, płomień prawdziwej miłości pozwala spalić pozorne ja na kupkę popiołu, dopiero kiedy tę kupkę popiołu rozwieje Święty Wiatr – możemy zrobić kroczek w kierunku Najwyższego. A wiedzcie państwo, że ten kroczek będzie najważniejszym kroczkiem całego ludzkiego życia, choćby kto żył sto dwadzieścia lat i cały czas wędrował. Wiedzcie również, że każda, nawet największa podróż zaczyna się zawsze od pierwszego kroczku.”

W tym momencie do mównicy podeszła pani moderator, elegancka osóbka w szarym żakieciku, i powiedziała:

Przepraszam, ale chyba nie mam pana na liście prelegentów. Czy można wiedzieć jakie reprezentuje pan wyznanie, albo jaką organizację?”

Ja mam jakąś organizację reprezentować? Ja, Szuszwol ze Swarzyndza, wędrowny hermeneutyk? Przecież to śmieszne!”

Skoro nie reprezentuje pan nikogo, to czy mógłby pan opuścić to miejsce?”

Oczywiście że mógłbym. Dziękuję państwu.”

Powiedziawszy to intruz skłonił się w stronę sali głęboko, zdejmując kapelusz i zamiatając nim podłogę, poczem wcisnął go sobie z powrotem na oczy i postukując swym kosturem wyszedł z sali.

Tuesday, 8 September 2020

GNIEW BOŻY

Opowiadał mi frater Adalbertus:

Pewnego dnia pokłóciłem się srodze ze współbratem. Wydawało mi się, że był wyjątkowo niegodziwy, w pewnym momencie przebrał miarę i – jak to mówią – odpadła mi czapka. Wynikła z tego straszna awantura, po której zdegustowany wybiegłem na ulicę. Przygnębiony szlajałem się ulicami bez celu. W pewnym momencie przechodziłem obok małego kościółka ukrytego pośród kamienic. Postanowiłem do niego wejść. Był to barokowy kościółek ze wspaniałym malowidłem na suficie: otwarte niebo i siedzący na chmurach Bóg Ojciec ciskający gromy na rzeszę potępionych golasów. W kościele było pusto i cicho, a ja – ciągle pod wrażeniem niedawnej kłótni – powiedziałem na głos:

Czy może być coś gorszego na tym świecie?”

Nie spodziewałem się odpowiedzi, która jednak nieoczekiwanie nadeszła. Gdzieś z góry usłuszałem głos odbijający się echem od sklepienia i murów.:

Gniew Boży!”

Rozejrzałem się. Skąd ten głos mógł dojść? Pod jedną ze ścian rozstawione było rusztowanie, najwyraźniej odnawiano stare freski. Rzeczywiście, na jednej z desek rusztowania ktoś siedział dyndając girami.

Jak się go ustrzec?” zapytałem.

Poskramiając swój własny gniew” doszedł mnie głos z góry.

To nie jest takie łatwe” powiedziałem pamiętając jak zupełnie niedawno odpadła mi czapka.

Łatwe to może nie jest, ale i tak to jest prawda: jeśli chcesz się uchronić od gniewu Bożego, musisz chronić innych od twego własnego gniewu. Pamiętaj: jeśli Pan Bóg pokazuje ci zło, to nie po to, byś na nie odpowiadał złem, lecz po to, byś dostrzegł zło ukryte w tobie i byś się nawrócił. Na gniew nie odpowiadaj gniewem, lecz wybaczeniem.”

No tak, ale każdy ma przecież swoje nerwy.”

To pewnie i prawda. Płomień Pański jest w każdym człowieku, jest on konieczny do życia, ale lepiej mieć nad nim kontrolę, by nie eksplodował. Jeśli eksploduje, może narobić dużo szkody i mnóstwo jest potem naprawiania. Naprawić trzeba, nie wolno przychodzić z darem przed ołtarz jeśli twój brat ma coś przeciwko tobie. Jednak ciągłe naprawianie to nie jest najlepszy sposób. Nie zajedziesz daleko samochodem, który co chwila trzeba naprawiać. Dlatego lepiej nauczyć się doglądać Płomienia Pańskiego tak, by nie eksplodował.”

Ale jak to zrobić?”

Na przykład zadać sobie na Wielki post umartwienie: nie dać się sprowokować do gniewu. Jeśli uda ci się nie wybuchnąć gniewem przez czterdzieści dni, to potem taka pokusa będzie się pojawiać znacznie rzadziej. Owszem, czasem gniew będzie w tobie wzbierał, lecz pamiętaj wtedy: to jest próba. Czy jesteś godny zaufania? Bowiem tylko godni zaufania ujrzą Oblicze Najwyższego inne niż to, które widzisz tu na suficie.”

Słowa te odbijały się od sklepienia tak, iż miałem wrażenie, że dochodzą z nieba. Wypowiadający siedział na rusztowaniu, trzymał w dłoni mały pędzelek i kiwał nogami. Zapytałem:

Nie bardzo widzę z kim rozmawiam. Czy możesz mi powiedzieć kim jesteś i co tu w ogóle robisz?”

Jestem po prostu Szuszwolem ze Swarzyndza, a moim zadaniem jest odnawianie tego, co zostało w ciągu wieków zapomniane” powiedział ów osobnik i zamachał nogami, a ja w tym momencie spostrzegłem w jego butach charakterystyczne zielone sznurowadła.


(Jeśli kto lubi Szuszwola, niech zajrzy tu)

Saturday, 5 September 2020

PAN BÓG KULE NOSI

 Opowiadał mi frater Adalbertus:

Wybrałem się kiedyś w pielgrzymkę misyjną, jak to w dawnych czasach robili Dominikanie. Chodziłem od miasta do miasta i głosiłem Dobrą Nowinę nawrócenia. Słowa moje trafiały jednak do głuchych uszu. Niektórzy czasem wysłuchali co miałem do powiedzenia, a następnie wracali do codzienności goniąc za pieniędzmi i prowadząc rozpustne życie. Nawet księża uważali często, że parafię trzeba prowadzić jak przedsiębiorstwo i fachowo troszczyli się o finanse. Pewnego wieczora w małym mieście chciałem wejść do Świątyni Pańskiej, ale była zamknięta na cztery spusty, tego bowiem wymagało towarzystwo ubezpieczeniowe. Usiadłem więc na schodkach przed kościołem i zastanawiałem się nad upadkiem obyczajów. Z jednej strony dochodził hałas ze stojącego tam kasyna, z drugiej w drzwiach sklepu z napisem PORNO SHOP wdzięczyła się skąpo ubrana panienka. Środkiem ulicy szedł chwiejnym krokiem jakiś osobnik wyglądający na dziada, którego los pokarał ubóstwem i który teraz musi żebrać o chleb. Nagle ulicą przejechał z nadmierną prędkością lśniący mercedes. Dziad ledwo zdążył przed nim uskoczyć, a stojąc potem na chodniku wykrzyknął:

Chwała Najwyższemu, który karze głupców bogactwem!”

Zdumiałem się tym okrzykiem, więc rzekłem do niego:

Proszę cię, dziadu, wyjaśnij mi co masz na myśli.”

Dziad odwrócił się ku mnie i rzekł:

On myśli, że swoim wysiłkiem i sprytem zarobił mnóstwo pieniędzy i że teraz będzie szczęśliwy; jeszcze nie wie, że to właśnie jest kara. A ty tu siedzisz i myślisz, że cały twój wysiłek idzie na marne. Obaj jesteście w błędzie. Ale opowiem ci historię pewnego Żyda z małego miasteczka. Otóż pewien prosty Żyd, rzemieślnik z małego miasteczka, postanowił ruszyć w świat, by głosić Słowo Boże. Miał on sławę cudotwórcy, potrafił uzdrawiać ludzi modląc się nad nimi do Najwyższego, więc ludzie przychodzili go słuchać. Ale jak to zwykle bywa, potem wracali do domów i robili swoje. Miał grupę uczniów, którzy chodzili wszędzie razem z nim, ale oni też zdawali się nic nie rozumieć z jego nauki. Raz po raz na przykład kłócili się który z nich jest najważniejszy. Uczonym rabinom natomiast nie w smak był taki wędrowny kaznodzieja popularniejszy niż oni, więc donieśli na policję że to jest groźny wywrotowiec. Kaznodzieja został aresztowany i stracony, a uczniowie, dowiedziawszy się że policja polityczna maczała w tym palce, rozpierzchli się na wszystkie strony. Jaki stąd morał? Ano taki, że jak ci kazali siać, to nie masz się martwić o żniwa, bo to nie twoja sprawa. Jak powiadają: człowiek strzela, Pan Bóg kule nosi.”

To powiedziawszy dziad ruszył dalej swoim chwiejnym krokiem. Krzyknąłem za nim:

Powiedz mi, dziadu, kim jesteś, żeś taki mądry?”

On się odwrócił (wtedy dopiero spostrzegłem zielone sznurowadła jego butów) i powiedział:

Możesz mnie nazywać Szuszwolem ze Swarzyndza.”

To powiedziawszy oddalił się.


(Jeśli kto lubi Szuszwola, niech zajrzy tu)

Friday, 4 September 2020

BOŻE KRÓWKI

 Opowiadał mi frater Adalbertus:

Jakże krucha jest wiedza człowieka i jakże chwiejne są jej podstawy! Czyż podstawa ludzkiej wiedzy jest bardziej stabilna, niż złocisty listek brzozy niesiony jesiennym wiatrem? Niby w naszych wspaniale oświeconych czasach wiedzę naszą opieramy na doświadczeniu, ale czy rzeczywiście? Czy nie jest to przypadkiem ułuda, wpojone przekonanie o podstawie nie bardziej stabilnej niż drugi szybujący listek brzozy? Któż jest w stanie przeprowadzić wszystkie doświadczenia będące podstawą naszej wiedzy o świecie? Możemy sobie wprawdzie kupić podręczny teleskop i zobaczyć księżyce Jowisza, ale mgławice, quasary, ucieczkę galaktyk? Możemy kupić podręczny mikroskop i z jedenastoletnim synem sprawdzać co pływa w wodzie ze stawu, ale któż jest w stanie, choćby ze względu na czas, przeprowadzić ponownie wszystkie badania z genetyki? Nie ma się co oszukiwać, nasza wiedza pochodzi z książek i opiera się na autorytetach w stopniu nie mniejszym, niż wiedza ludzi średniowiecza. Obraz świata oparty na obserwacjach i obliczeniach przeprowadzonych przez garstkę naukowców jest w rzeczywistości systemem wierzeń w stopniu nie mniejszym, niż średniowieczny system wierzeń oparty na interpretacji Biblii.

Pewnego razu poszedłem odwiedzić mego znajomego w jego nowym miejscu pracy, którym była szkoła otwarcie deklarująca, że swój system nauczania opiera na podstawach religijnych. Szkoła otoczona była starodrzewem, a ponieważ tego dnia wiał mocny wiatr, w powietrzu unosiły się złociste liście lip i brzóz. Mój znajomy był nauczycielem biologii, szukałem więc gabinetu przyrodniczego. Lekcje się skończyły i uczniowie opuszczali szkołę, ostatnich ledwie zdążyłem zapytać gdzie ów gabinet jest. Kiedy szedłem już odpowiednim korytarzem we wskazanym kierunku, usłyszałem ostrą wymianę zdań prowadzoną podniesionymi głosami:

Jest krzywdą wyrządzaną dzieciom uczenie ich, wbrew wszelkim naukowym dowodom, że świat istnieje mniej niż dziesięć tysięcy lat, albo że gatunki zwierząt i roślin są niezmienne. Równie dobrze można by im do głowy wciskać wierzenie, że Gwiazdorek przychodzi z nieba z prezentami.”

Proszę pana, ateistyczny światopogląd nie interesuje mnie. Może to pan pochodzi od małpy, ja nie. Ta szkoła opiera swój system nauczania na podstawach religijnych i nie będzie propagowała światopoglądu ateistycznego. Polityką szkoły jest krzewienie wiary w Boga i pan się musi do tej polityki dostosować. Pierwszym i podstawowym źródłem wiedzy wykładanej w naszej szkole jest Biblia.”

Ależ panie dyrektorze, czy nie uważa pan, że traktowanie dosłowne każdej metafory jest sprzeczne z intencjami autorów tej czcigodnej księgi?”

Drzwi gabinetu przyrodniczego były otwarte i to właśnie tam miała miejsce owa ożywiona wymiana zdań. Wszedłem do gabinetu niezauważony, uczestnicy sporu zbyt byli zajęci sobą by na mnie choćby spojrzeć. Jednym z nich był mój znajomy nauczyciel biologii, drugim osoba mi nieznana, ale z usłyszanych wypowiedzi mogłem się oczywiście domyślić, że był to dyrektor szkoły. Oprócz tego przez uchylone okno przysłuchiwał się tej dyskusji z szelmowskim uśmieszkiem osobnik stojący na zewnątrz, ubrany w duży słomkowy kapelusz, na którym osiadło kilka złocistych brzozowych listków. W pewnym momencie wtrącił się do rozmowy:

Zdaje się, że obu panom przydałby się wykład hermeneutyki.”

Obaj uczestnicy sporu spojrzeli na niego ze zdumieniem.

Wykład... czego?” spytał jąkając się pan dyrektor.

Sugeruje pan, że powinniśmy uczyć dzieci hermeneutyki?” spytał mój znajomy.

Nie dzieci. Sugeruję, że pewna doza wiedzy na temat hermeneutyki przydałaby się nauczycielom,” odrzekł zapytany.

Naprawdę? I cóż takiego nauczyciele powinni wiedzieć na temat hermeneutyki?”

Chcą panowie posłuchać? Służę więc. Otóż hermeneutyka to jest nauka o odczytywaniu znaków, prawda? Przedmiotem zainteresowania hermeneutyka powinny być oba końce procesu odczytywania, czyli zarówno jego przedmiot jak i podmiot. Podmiotem odczytywania jest umysł, prawda? A umysł funkcjonuje różnie w zależności od tego w jakim jest stanie. Inaczej funkcjonuje umysł w czasie snu, inaczej w stanie otumanienia, inaczej w stanie logicznego wnioskowania, inaczej w stanie głębokiego rozumienia rzeczywistości. Słyszałem przed chwilą przerzucane z jednego końca sali w drugi argumenty na temat wierzeń, wiedzy i wiary. Zrozumienie tych pojęć bardzo ułatwi nam uświadomienie sobie dla jakich stanów umysłu są one charakterystyczne. Otóż dla snu i marzeń charakterystyczne są wierzenia spontaniczne, nietrwałe, które łatwo w razie potrzeby odrzucić. Dla otumanienia charakterystyczne są wierzenia głęboko wpojone, które trudno odrzucić nawet gdy stoją na przeszkodzie racjonalnym decyzjom. Wiedza jest charakterystyczna dla stanu racjonalnego wnioskowania, natomiast wiara przynależy do stanu głębokiego rozumienia rzeczywistości. Mylenie wierzeń z wiedzą jest nieporozumieniem, podobnie jak nieporozumieniem jest mylenie wierzeń i wiedzy z wiarą. Słowa mogą brzmieć podobnie, ale na takiej zasadzie można by próbować wydoić bożą krówkę, skoro się tak nazywa. Wpajanie wierzeń tam, gdzie przekazywana ma być wiara przypomina trochę hodowanie bożych krówek na farmie mającej produkować mleko. Nieprawdaż?”

Co ty mi tu za ślory wciskasz?!” wykrzyknął nagle dyrektor. „Nie pozwolę, żeby jakiś szuszwol podważał mój autorytet!”

Na takie dictum osobnik ów uchylił słomkowego kapelusza i zaczął się oddalać. Mój znajomy zawołał za nim:

Zaczekaj! Powiedz chociaż z kim mieliśmy przyjemność!”

Podbiegł do okna, ja za nim. Osobnik nazwany przed chwilą szuszwolem oddalał się godnym krokiem przytrzymując ręką kapelusz. Wiatr był tak porywisty, że łopotały mu sznurowadła, które były widoczne z daleka, ponieważ - w przeciwieństwie do niesionych wiatrem złocistych liści - były jaskrawo zielone.

A to co?” zapytał mój znajomy podnosząc coś z parapetu. „Wizytówka?”

Istotnie była to wizytówka. Napisane na niej było: „Szuszwol ze Swarzyndza, wędrowny hermeneutyk.”


(Jeśli kto lubi Szuszwola, niech zajrzy tu)

Monday, 31 August 2020

LUDZKA GŁUPOTA

 Opowiadał mi frater Adalbertus:

Chwała Najwyższemu za to, że dał człowiekowi siekierę i drewno, i zapałki. Chwała mu, że nauczył jak rozpalić watrę i uchronić się od trzaskającego mrozu. Czyż nie należy się Najwyższemu chwała za wszystkie te dary? On to stworzył mróz trzaskający, ale też on dał człowiekowi wszystko co trzeba, by od mrozu się uchronić.

Tak rozmyślałem patrząc na płomienie watry tańczące na bierwionach w zadymionej górskiej kolibie. Z grupą znajomych wybraliśmy się na zimową wycieczkę, mróz był trzaskający i szczypał w policzki, a w dodatku duło i była porządna zawierucha. Przez kilka godzin brnęliśmy przez wysoki śnieg, aż w końcu dotarliśmy do koliby, gdzie paliła się watra. Wokół watry siedziało kilka osób wyglądających w większości na włóczykijów rodem z miasta, acz było też kilku Górali. Wiadomo jak to jest w takich sytuacjach: nad watrą na trójnogu wisiał buchający parą kotlik, ktoś nas częstował cienką a słodką herbatą, ktoś grał na gitarze i śpiewał włóczykijskie piosenki. Całe wnętrze wypełnione było dymem kłębiącym się pod sufitem, najważniejsze jednak że było ciepło, że w kącie stała siekiera, a na dworze po okapem ułożony był sąg drewna. Wkrótce atmosfera zrobiła się całkiem miła. grupy włóczykijów wymieniały się wieściami ze szlaku, a skoro wyszło na jaw, że obecny jest również zakonnik, rozmowa zeszła na tematy religijne. Okazało się, że niektórzy z tych włóczykijów to młodzież wątpiąca nie tylko w słuszność nakazów kościelnych dotyczących kartek od spowiedzi i tym podobnych, ale nawet w samo istnienie Boga. Jako zakonnik czułem się zobowiązany rozpowszechniać Dobrą Nowinę. Argumentowałem więc:

"Spójrz na niebo gwieździste nad głową, na iskrzący się śnieg, na płomienie watry tańczące na bierwionach. Ktoś to wszystko przecież musiał stworzyć! Dlatego też lepiej prowadzić życie zgodne z nakazami Biblii, by otrzymać nagrodę po śmieci. Kto przestrzega przepisów prawa kanonicznego, ten otrzyma nagrodę w niebie."

Najwyraźniej jednak moje rozumowanie nie było nieodparte. Mój główny adwersarz, siedzący po przeciwnej stronie watry włóczykij ze zmierzwioną brodą i w ciężkich himalajskich butach, miał dobrze przemyślane argumenty.

"Załóżmy, że rzeczywiście jakaś rozumna istota stworzyła wszechświat, wszystkie słońca, galaktyki itd. Z tego jednak wcale nie wynika, że istnieje również jakieś niebo, podobnie jak z ewentualnego istnienia nieba nie wynika, że zachowując prawo kanoniczne w tym niebie się znajdziemy."

"No tak" odpowiedziałem, "ale mamy przecież objawienie. Na podstawie objawienia wierzymy, że Pan Bóg jest dobry i że cały świat stworzony jest dla człowieka." On jednak na to też miał gotową odpowiedź:

"Jedni w to wierzą, inni niekoniecznie. Czyżby brat nie znał przypowieści o kałuży? Otóż w załomie skalnym była sobie kałuża. Myślała ona, że świat został stworzony specjalnie dla niej, a już na pewno dla niej został stworzony ów załom skalny, w którym leżała. Czyż nie pasował idealnie do jej nieforemnego ciała? To chyba najlepszy dowód. Tak sobie myślała do południa, kiedy przygrzało słońce i wyschła. A czy Bóg jest dobry? Jeśli tak, to skąd tyle zła na stworzonym przezeń świecie? Skąd głodujące dzieci w Afryce? Skąd obozy koncentracyjne? Skąd bezustanna wojna w ziemi zwanej (czy aby zupełnie poważnie?) świętą?"

Skonfudował mnie trochę, nie bardzo wiedziałem co mu odpowiedzieć. Tymczasem jeden z górali wstał i zamaszystym ruchem zrzucił z siebie kożuszek. Miał on na sobie dość oryginalne góralskie portki, cyfrowane zieloną nicią, a przy kierpcach miał zielone pomponiki. Myślałem w pierwszej chwili, że mu gorąco przy watrze, ale on wykrzyknął:

"Co tam! Idę ku dolinie!"

Brodaty włóczykij słysząc to wyraźnie się zaniepokoił i powiedział:

"To wy tak, baco, w samej koszuli na taką zamieć chcecie wychodzić? Przecież mróz trzaskający, przeziębicie się i zapalenia płuc dostaniecie!"

"Co pan też gado! Ja jestem człowiek wierzący i wierzę, że Pan Bóg mnie uchroni od wszelkiego złego."

"No wiecie ludzie! A myślałem już, że Górale to inteligentny ludek. Przecież nie można Pana Boga obarczać odpowiedzialnością za ludzką głupotę! Dla ochrony przed mrozem Pan Bóg dał wam kożuszek, nie wiarę!"

"No racja", rzekł baca zakładając kożuszek z powrotem. "Nie trza Pana Boga obarczać odpowiedzialnością za ludzką głupotę. Ale Góralem to jo nie jezdem. Tak naprawdę to jezdem Szuszwolem ze Swarzyndza."

To powiedziawszy otworzył drzwi koliby i wyszedł jedną nogą na dwór. Wiatr zaczął wwiewać śnieg do środka. Baca obrócił się jeszcze, uchylił kapeluska i rzekł:

"Do następnego razu."

Poczem wyszedł, znikł w zawiei i tyle go widzieliśmy.


(Jeśli kto lubi Szuszwola, niech zajrzy tu)

Sunday, 23 August 2020

O WIECZORZE

 Opowiadał mi frater Adalbertus:

Byłem raz ze współbratem w drodze do pobliskiego miasta. Droga była długa, więc aby nie pozwolić naszym myślom rozłazić się bez celu rozważaliśmy znaczenie czytanego tego dnia Pisma. Była to właśnie trzecia niedziela po Wielkiejnocy w cyklu A, rozważaliśmy więc wydarzenie w Emaus, kiedy to dwaj uczniowie nie rozpoznali swego mistrza. Kiedy tak rozmawialiśmy, przyłączył się do nas nieznajomy osobnik i idąc przysłuchiwał się naszej rozmowie. Osobnik ten miał dziwny wygląd: włosy i brodę miał zdecydowanie zbyt długie oraz nieuporządkowane, na nogach miał za krótkie spodnie, a w zbyt dużych butach miał zielone sznurowadła. Po jakimś czasie odezwał się on do nas w te słowa:

O czym tak rozmawiacie, braciszkowie, jeśli mogę zapytać?”

Odpowiedzieliśmy, że zastanawiamy się jak to było możliwe, że uczniowie po tygodniu niewidzenia nie rozpoznali swego mistrza. Nieznajomy wysłuchawszy nas rzekł:

Odpowiedź jest prosta: nie poznali go, bo wierzyli w śmierć. Przecież umarł tydzień wcześniej, jak więc mógł z nimi iść? Wiara w śmierć, ta absurdalnie niezachwiana wiara w śmierć (czyż jest coś pewniejszego nad to, że każdy człowiek umrze?) jest owym grzechem pierweorodnym, który nie pozwala ludziom Go rozpoznać, choć On chodzi po świecie do dziś. Chodzi po świecie i przygląda się. Co zrobisz, bracie Adalbercie, kiedy spotkasz Go nagle na ulicy albo w autobusie? Nic nie zrobisz, bo Go oczywiście nie rozpoznasz. Sprawa prosta.”

Dzień chylił się ku wieczorowi, a myśmy zbliżali się do celu naszej podróży. Na koniec spytałem owego dziwnego osobnika o imię. Odpowiedział mi:

Możesz mnie nazywać Szuszwolem ze Swarzyndza.”

To mówiąc oddalił się, a pomarańczowe słońce podświetlało jego rozwiane na wietrze nieokiełznane włosy.

Friday, 21 August 2020

PAMIĘTAJ!

Opowiadał mi frater Adalbertus:

Byłem pewnego dnia świadkiem wydarzenia, jakie zaszło na rynku pewnego prowincjonalnego miasteczka. Był to bardzo ładny ryneczek , wkoło domy z podcieniami, a pośrodku – jako że był dzień targowy – stragany oferujące na sprzedaż najprzeróżniejsze dobra. Czego tam nie można było kupić! Oczywiście owoce, ale także mnóstwo innych dóbr, jak odzież i narzędzia, sprzęt turystyczny i wędkarski, kiczowate dewocjonalia i czasopisma pornograficzne. Przeciskałem się właśnie przez tłum obok tego straganu z pornografią, kiedy usłyszałem dobiegające skądsiś wołanie:

Ludzie, nawróćcie się! Rozpamiętujcie swoje grzechy! Nawróćcie się!”

Zaraz po tym okrzyku dał się słyszeć trzask jakby bicza. Okrzyk dobiegał od strony kościoła stojącego w rogu rynku. Przecisnąłem się tam i zobaczyłem mężczyznę rozebranego do pasa, a za nim innego mężczyznę chlastającego go biczem po plecach. Mężczyzna obnażony wołał:

Nawróćcie się! Rozpamiętujcie swoje grzechy! Wszyscy jesteście grzesznikami! Wszyscy bez wyjątku! Nawróćcie się i rozpamiętujcie swoje grzechy, jeśli chcecie osiągnąć zbawienie! Lepiej w doczesnym życiu za nie odpokutować, niż piec się w ogniu przez wieczność”

W tym momencie znów świsnął bicz spadający na jego plecy. Pomyślałem sobie, że może przydałoby się więcej takich kaznodziejów, którzy przypominaliby ludziom o grzechu. Może wtedy świat przestałby schodzić na psy tak, jak schodzi teraz. Choć z drugiej strony półnagi kaznodzieja nie miał specjalnie słuchaczy, właściwie możnaby powiedzieć, że był raczej ignorowany. Przysłuchiwał mu się tylko jeden wędrowiec w szerokim kapeluszu ocieniającycm twarz, z długą brodą, słuchał wspierając się na swym kosturze. Nagle podniósł ów kostur w górę trzymając go za oba końce i skłonił się głęboko przed mówiącym. Ten powiedział:

Dziękuję ci, wędrowcze, że doceniłeś moje kazanie.”

Tymczasem tajemniczy wędrowiec chwycił swój kostur oburącz tak, jakby chciał nim kogoś uderzyć, a następnie rzeczywiście uderzył: zdzielił półnagiego mówcę z wielkim rozmachem przez ramię raz, a potem drugi. Ten ze zdumieniem wykrzyknął:

Łazęgo, jak śmiesz mnie bić?”

Myślałem, że chcesz pokutować za grzechy swoje.”

Nie tobie, obdarty włóczęgo, wymierzać mi tę pokutę! Czemu mnie uderzyłeś, skoro ciebie o to nie prosiłem?”

Uderzyłem cię, żebyś sobie spamiętał, że człowiek powołany jest do tego, by służyć Najwyższemu. Grzech to jest zapomnienie o tym powołaniu, nawrócenie to przypomnienie sobie o nim; co nadto jest, od Złego pochodzi. Rozpamiętywanie własnych grzechów to nie nawrócenie, a cackanie się z własnym pępkiem.”

Uderzony kaznodzieja poczerwieniał, najwyraźniej wzbierał w nim gniew.

Co mówisz? A więc lęk przed potępieniem pochodzi od Złego? Nadzieja wiecznej nagrody to zapatrzenie we własny pępek? Może mi jeszcze powiesz, że są to pobudki samolubne?”

Ty to powiedziałeś, nie ja. Pamiętaj, mąż bogobojny boi się Boga, nie piekła. Co to znaczy, że boi się Boga? Czy Bóg może mu zrobić krzywdę? Oczywiście że nie, Bóg może jedynie płakać, że jego ukochany o nim zapomniał. Zapamiętaj to sobie! A żebyś spamiętał to sobie lepiej, przyłożę ci jeszcze raz.”

To powiedziawszy wędrowiec zamachnął się swym kosturem ponownie i przyłożył swemu rozmówcy w drugie ramię, a potem jeszcze raz. Następnie, kpiąc chyba sobie, chcwycił znów kostur za dwa końce i uniósłszy go w górę skłonił się przed swą ofiarą głęboko. Co uczyniwszu spokojnie ruszył swoją drogą. Pobity zawołał za nim:

Rozbój w biały dzień! Okaż mi swoje dokumenty, rozbójniku, abym mógł cię podać na policję!”

Podróżny obrócił się na chwilkę, zapewne spoglądając na wołającego, choć jego wielki kapelusz osłaniał go tak, że nie było widać jego oczu. Powiedział:

Dokumenty? Ha! Możesz powiedzieć policji, że pobił cię Szuszwol ze Swarzyndza. Pamiętaj!”

Usłyszawszy to znajome imię spojrzałem na jego nogi. Miał na nich sandały, a w sandałach zielone zapinki. Nie zdążyłem z nim jednak zamienić słowa, bowiem odwrócił się i znikł w tłumie.”


(Jeśli kto lubi Szuszwola, niech zajrzy tu)


RUMBA

Opowiadał mi frater Adalbertus: Podczas swoich wędrówek zaszedłem kiedyś do miasta zwanego Wolnogrodem. Nazwę tę owo miasto nosiło od czas...