Opowiadał mi frater
Adalbertus:
Jakże krucha jest
wiedza człowieka i jakże chwiejne są jej podstawy! Czyż podstawa
ludzkiej wiedzy jest bardziej stabilna, niż złocisty listek brzozy
niesiony jesiennym wiatrem? Niby w naszych wspaniale oświeconych
czasach wiedzę naszą opieramy na doświadczeniu, ale czy
rzeczywiście? Czy nie jest to przypadkiem ułuda, wpojone
przekonanie o podstawie nie bardziej stabilnej niż drugi szybujący
listek brzozy? Któż jest w stanie przeprowadzić wszystkie
doświadczenia będące podstawą naszej wiedzy o świecie? Możemy
sobie wprawdzie kupić podręczny teleskop i zobaczyć księżyce
Jowisza, ale mgławice, quasary, ucieczkę galaktyk? Możemy kupić
podręczny mikroskop i z jedenastoletnim synem sprawdzać co pływa w
wodzie ze stawu, ale któż jest w stanie, choćby ze względu na
czas, przeprowadzić ponownie wszystkie badania z genetyki? Nie ma
się co oszukiwać, nasza wiedza pochodzi z książek i opiera się
na autorytetach w stopniu nie mniejszym, niż wiedza ludzi
średniowiecza. Obraz świata oparty na obserwacjach i obliczeniach
przeprowadzonych przez garstkę naukowców jest w rzeczywistości
systemem wierzeń w stopniu nie mniejszym, niż średniowieczny
system wierzeń oparty na interpretacji Biblii.
Pewnego razu
poszedłem odwiedzić mego znajomego w jego nowym miejscu pracy,
którym była szkoła otwarcie deklarująca, że swój system
nauczania opiera na podstawach religijnych. Szkoła otoczona była
starodrzewem, a ponieważ tego dnia wiał mocny wiatr, w powietrzu
unosiły się złociste liście lip i brzóz. Mój znajomy był
nauczycielem biologii, szukałem więc gabinetu przyrodniczego.
Lekcje się skończyły i uczniowie opuszczali szkołę, ostatnich
ledwie zdążyłem zapytać gdzie ów gabinet jest. Kiedy szedłem
już odpowiednim korytarzem we wskazanym kierunku, usłyszałem
ostrą wymianę zdań prowadzoną podniesionymi głosami:
„Jest
krzywdą wyrządzaną dzieciom uczenie ich, wbrew wszelkim naukowym
dowodom, że świat istnieje mniej niż dziesięć tysięcy lat, albo
że gatunki zwierząt i roślin są niezmienne. Równie dobrze można
by im do głowy wciskać wierzenie, że Gwiazdorek przychodzi z nieba
z prezentami.”
„Proszę
pana, ateistyczny światopogląd nie interesuje mnie. Może to pan
pochodzi od małpy, ja nie. Ta szkoła opiera swój system nauczania
na podstawach religijnych i nie będzie propagowała światopoglądu
ateistycznego. Polityką szkoły jest krzewienie wiary w Boga i pan
się musi do tej polityki dostosować. Pierwszym i podstawowym
źródłem wiedzy wykładanej w naszej szkole jest Biblia.”
„Ależ
panie dyrektorze, czy nie uważa pan, że traktowanie dosłowne
każdej metafory jest sprzeczne z intencjami autorów tej czcigodnej
księgi?”
Drzwi gabinetu
przyrodniczego były otwarte i to właśnie tam miała miejsce owa
ożywiona wymiana zdań. Wszedłem do gabinetu niezauważony,
uczestnicy sporu zbyt byli zajęci sobą by na mnie choćby spojrzeć.
Jednym z nich był mój znajomy nauczyciel biologii, drugim osoba mi
nieznana, ale z usłyszanych wypowiedzi mogłem się oczywiście
domyślić, że był to dyrektor szkoły. Oprócz tego przez uchylone
okno przysłuchiwał się tej dyskusji z szelmowskim uśmieszkiem
osobnik stojący na zewnątrz, ubrany w duży słomkowy kapelusz, na
którym osiadło kilka złocistych brzozowych listków. W pewnym
momencie wtrącił się do rozmowy:
„Zdaje
się, że obu panom przydałby się wykład hermeneutyki.”
Obaj uczestnicy
sporu spojrzeli na niego ze zdumieniem.
„Wykład...
czego?” spytał jąkając się pan dyrektor.
„Sugeruje
pan, że powinniśmy uczyć dzieci hermeneutyki?” spytał mój
znajomy.
„Nie
dzieci. Sugeruję, że pewna doza wiedzy na temat hermeneutyki
przydałaby się nauczycielom,” odrzekł zapytany.
„Naprawdę?
I cóż takiego nauczyciele powinni wiedzieć na temat hermeneutyki?”
„Chcą
panowie posłuchać? Służę więc. Otóż hermeneutyka to jest
nauka o odczytywaniu znaków, prawda? Przedmiotem zainteresowania
hermeneutyka powinny być oba końce procesu odczytywania, czyli
zarówno jego przedmiot jak i podmiot. Podmiotem odczytywania jest
umysł, prawda? A umysł funkcjonuje różnie w zależności od tego
w jakim jest stanie. Inaczej funkcjonuje umysł w czasie snu, inaczej
w stanie otumanienia, inaczej w stanie logicznego wnioskowania,
inaczej w stanie głębokiego rozumienia rzeczywistości. Słyszałem
przed chwilą przerzucane z jednego końca sali w drugi argumenty na
temat wierzeń, wiedzy i wiary. Zrozumienie tych pojęć bardzo ułatwi nam uświadomienie sobie dla jakich stanów umysłu są one
charakterystyczne. Otóż dla snu i marzeń charakterystyczne są
wierzenia spontaniczne, nietrwałe, które łatwo w razie potrzeby
odrzucić. Dla otumanienia charakterystyczne są wierzenia głęboko
wpojone, które trudno odrzucić nawet gdy stoją na przeszkodzie
racjonalnym decyzjom. Wiedza jest charakterystyczna dla stanu
racjonalnego wnioskowania, natomiast wiara przynależy do stanu
głębokiego rozumienia rzeczywistości. Mylenie wierzeń z wiedzą
jest nieporozumieniem, podobnie jak nieporozumieniem jest mylenie
wierzeń i wiedzy z wiarą. Słowa mogą brzmieć podobnie, ale na
takiej zasadzie można by próbować wydoić bożą krówkę, skoro
się tak nazywa. Wpajanie wierzeń tam, gdzie przekazywana ma być
wiara przypomina trochę hodowanie bożych krówek na farmie mającej
produkować mleko. Nieprawdaż?”
„Co
ty mi tu za ślory wciskasz?!” wykrzyknął nagle dyrektor. „Nie
pozwolę, żeby jakiś szuszwol podważał mój autorytet!”
Na takie dictum
osobnik ów uchylił słomkowego kapelusza i zaczął się oddalać.
Mój znajomy zawołał za nim:
„Zaczekaj!
Powiedz chociaż z kim mieliśmy przyjemność!”
Podbiegł do okna,
ja za nim. Osobnik nazwany przed chwilą szuszwolem oddalał się
godnym krokiem przytrzymując ręką kapelusz. Wiatr był tak
porywisty, że łopotały mu sznurowadła, które były widoczne z
daleka, ponieważ - w przeciwieństwie do niesionych wiatrem
złocistych liści - były jaskrawo zielone.
„A
to co?” zapytał mój znajomy podnosząc coś z parapetu.
„Wizytówka?”
Istotnie była to
wizytówka. Napisane na niej było: „Szuszwol ze Swarzyndza,
wędrowny hermeneutyk.”
(Jeśli kto lubi Szuszwola, niech zajrzy tu)